Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/212

Ta strona została przepisana.


jaciółką i narzeczoną i która stała się wspólniczką mych studyów, a w końcu żoną moją. Była to zabawka ze strony Ligei, czy też dowód siły mego afektu, że nigdy nie pytałem o ten punkt; albo czy to był raczej mój własny kaprys — dziko romantyczna ofiara na ołtarzu namiętnego oddania się? Sam fakt przypominam sobie tylko niedokładnie, cóż więc dziwnego, że zapomniałem okoliczności, które dały mu początek lub towarzyszyły mu? I jeżeli kiedykolwiek duch, który nazywamy Romansem — jeżeli kiedykolwiek ona, ta ponura i skrzydlata Asztofet bałwochwalczego Egiptu, przewodniczyła, jak wieść niesie nieszczęśliwym małżeństwom, to napewne przewodniczyła memu!
Jest atoli jeden cenny temat, co do którego pamięć mnie wcale me zawodzi. Jest nim osoba, Ligei. Była wyniosłej postawy, nieco smukła, a u schyłku dni nawet wychudła. Napróżnobym usiłował odmalować jej majestat, spokój jej zachowania się, niepojętą lekkość i elastyczność jej chodu. Zjawiała się i znikała jak cień.
Wejście jej do mego zamkniętego gabinetu zdradzała jeno muzyka jej dźwięcznego nizkiego głosu, gdy kładła swą marmurową dłoń na mem ramieniu. Żadna dziewica nie dorównała jej w piękności oblicza. Był to sen opiumowy, uszlachetniająca wizya, bardziej boska niż fantazye, które unosiły się wokół sennych dusz cór z Welos. A jednak rysy jej nie miały tej regularności, którą nauczy-