Otwórz menu główne

Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/280

Ta strona została przepisana.


a nawet sam balon, zdawały mi się jakieś powykręcane. Te symptomy przeszły moje oczekiwanie i zaniepokoiły mnie też nieco.
W tem położeniu postąpiłem sobie nierozsądnie i nierozważnie, gdyż wyrzuciłem znowu trzy pięciofuntowe sztuki balastu. Przyspieszona chyżość unosiła mnie za prędko i bez odpowiedniego stopniowania w nadzwyczaj rozrzedzoną warstwę atmosfery, co o mało nie położyło końca mnie i mojej wyprawie. Nagle bowiem dostałem spazmów, które trwały pięć minut, a gdy te w części ustały, mogłem oddechać, jeno w długich odstępach czasu i to dysząc, z nosa zaś i z uszu, a nawet po części z oczu, sączyła się obficie krew. Gołębie zdawały się być mocno zaniepokojone i pragnęły ulecieć; kot zaś miauczał żałośnie z językiem wywieszonym na zewnątrz i jakby pod wpływem trucizny, chodził niepewnym krokiem po dnie kosza. Za późno poznałem, że zbyt szybko pozbyłem się części balastu, to też niepokoiłem się ogromnie. Spodziewałem się oczywiście śmierci i to w ciągu kilku minut. Fizyczne cierpienie, którego doznawałem, nie pozwalało mi prawie uczynić jakiegokolwiek wysiłku, dla uratowania życia. Zostało mi jeszcze trochę zdolności do refleksyi, a gwałtowność bólu głowy zdawała się wzrastać.
Czułem więc, że wkrótce zmysły opuszczą mnie zupełnie i już uchwyciłem konwulsyjnie za linę od klapy, aby spróbować opuścić się, gdy