Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/63

Ta strona została przepisana.


— Mówiliśmy o koniach, jeżeli dobrze sobie przypominam, przed samem opuszczaniem Rue C... To był ostatni przedmiot rozmowy. Gdyśmy wchodzili na tę ulicę, owocarz, z wielkim koszem na głowie, mijając nas szybko, pchnął pana na kupę kamieni brukowych, złożonych na miejscu, gdzie szosa ulega naprawie. Stąpiłeś pan na jeden luźny fragment, potknąłeś się, wytchnąłeś lekko kostkę, mruknąłeś kilka słów z niezadowolenia, zwróciłeś się, aby spojrzeć na kupę kamieni, i potem poszedłeś dalej w milczeniu. Ja nie zwracałem na pana specyalnej uwagi; ale w ostatnich czasach obserwacya stała się u mnie rodzajem konieczności.
— Patrzyłeś pan na ziemię — spoglądając z wyrazem grymasu na dziury i rysy w bruku (z czego wnioskowałem, żeś pan ustawicznie myślał o kamieniach), aż póki nie doszliśmy do małej alei, nazwanej Lamartine, która dla próby była wybrukowana zachodzącymi na siebie blokami. Tu twarz pańska rozjaśniła się, a spostrzegłszy, że usta pańskie poruszają się, nie wątpiłem, że pan szeptałeś słowo, stereotomia, oznaczający ten gatunek bruku. Wiedziałem zaś, że nie mogłeś pan powiedzieć sobie wyrazu — stereotomia — aby nie myśleć o atomach, a więc o teoryach Epikura; a skoro mówiąc o tem bardzo niedawno wspomniałem panu, jak osobliwie, a jednakże z jak małą uwagą, niejasne przypuszczenia tego szla-