Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/92

Ta strona została przepisana.


Poczułem mrowie na całem ciele, gdy Dupin postawił to pytanie. — Szaleniec — rzekłem, dopuścił się tego czynu — jakiś obłąkaniec, który zbiegł z sąsiedniego Maison de Sainte.
— Do pewnego stopnia — odparł — idea pańska jest uzasadniona; ale głosy obłąkanych, nawet w ich najdzikszych paroksyzmach nigdy się nie zgadzają z tym dziwnym głosem, słyszanym na schodach. Szaleńcy należą do jakiegoś narodu, a język ich jakkolwiek niepowiązany w słowach, posiada zawsze wyraźne sylaby. Zresztą włosy obłąkanego nie są podobne do tych, jakie trzymam w ręce. Kosmyk ten wydobyłem z pomiędzy mocno zaciśniętych palców Madame L’Espanaye. Powiedz mi pan, co myślisz o tem?
— Dupin! — rzekłem, całkiem zdenerwowany — włosy te są bardzo niezwyczajne — to nie są ludzkie włosy.
— Nie twierdziłem, ze są — odparł — ale nim rozstrzygniemy ten punkt, spojrzyj pan na szkic, narysowany na tym papierze. Jestto facsimile tego, co zostało opisane przez jednego ze świadków jako, ciemne znaki, i głębokie ślady paznokci, na szyi Mademoiselle L’Espanaye, albo jako szereg sinych plam, wyraźnie odcisków palców.
— Pojmujesz pan — ciągnął mój przyjaciel, rozkładając papier na stole — że rysunek ten daje pojęcie o silnym i stanowczym chwycie. Nic nie zdradza ośliźnięcia się. Każdy palec zatrzymał — za-