Strona:Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Niedźwiecki).djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.


w swe mroki bezdenne duszę swojej ofiary, skutkiem czego starzec, mimo że mnie nie widział ani nie słyszał, czuł jednak w pokoju moją obecność.
Przeczekawszy cierpliwie czas dłuższy, w ciągu którego nie posłyszałem żadnego szmeru, mogącego świadczyć, że się napowrót układa, — zdecydowałem się uchylić u mej latarki maleńką, mikroskopijnie małą szparkę. Zrobiłem to z jak największą ostrożnością. Niepodobna sobie nawet wystawić, jak powoli i nieznacznie uchylałem klapę, póki nakoniec jeden cieniuchny promyk, delikatny jak nić przędzy pajęczej, przez szparę nie błysnął i nie padł na sępie oko.
Było otwarte — szeroko otwarte! a kiedym je ujrzał, wściekłość zerwała się we mnie burzą. Zobaczyłem je całkiem wyraźnie: bladosine z obrzydliwą błonką u wierzchu... Dreszcz przeszedł mnie na ten widok do szpiku kości. Twarzy jednak ani postaci starca dostrzedz nie mogłem, skierowałem bowiem formalnie jakby z natchnienia instynktu promyk akurat w pożądane miejsce.
Mówiłem już, że domniemane moje szaleństwo nie było niczem innem jak tylko nadzwyczajnem zaostrzeniem mych przeczulonych zmysłów. I tak ucho me pochwyciło teraz cichy, stłumiony ale szybko powtarzający się szelest, niby tik tak owiniętego watą zegarka. I ten także odgłos dobrze mi był znany. Było to tętno jego serca, a szał mój zaognił się jeszcze bardziej pod jego wpływem, jak szał bojowy żołnierzy, podniecany biciem w bębny.