Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/103

Ta strona została przepisana.

leko nie widać było nikogo. Na raz usłyszeliśmy strzały. Była to gromadka arabów, która z wierzchołka poblizkiego wzgórza witała poselstwo. Już od trzech godzin byliśmy w drodze: noc zapadła: wszyscy pragnęliśmy dostać się conajprędzéj do obozu. Skutkiem znużenia w jednych, a uczucia głodu w innych, przerwała się rozmowa. Słychać było tylko stąpanie koni i ciężki oddech sług, które biegnąc podążały za nami. Wtém rozległ się okrzyk kaida. Obejrzeliśmy się do koła i spostrzegliśmy na prawo pagórek jaśniejący od mnóstwa światełek. To było miejsce naszego pierwszego obozu, i powitaliśmy je wesołemi okrzykami.
Nie potrafię opisać téj wielkiéj przyjemności, której doznałem, stawiając nogę na ziemi pośród tych namiotów. Powiem tylko, iż gdyby nie owa powaga, którą musiałem zachowywać ze względu na moją rolę jedynego przedstawiciela piśmiennictwa włoskiego w téj wyprawie, kto wie czybym nie zaczął wywracać koziołków! Nasz obóz było to całe miasteczko, oświetlone, ludne, gwarne. Ze wszystkich stron płomienie kuchen obozowych drobne sypały iskierki. Posługacze, żołniérze, kucharze, majtkowie snuli się, zamieniając z sobą pytania i rozkazy we wszystkich językach wieży Babel. Namioty tworzyły wielkie koło, w środku którego była zatknięta włoska chorągiew. Za namiotami stały konie i muły. Eskorta miała swój oddzielny mały obóz. Wszystko było urządzone na stopę wojskową. Poznałem od razu mój namiot i pośpieszyłem do niego. Były w nim cztery łóżka