Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/106

Ta strona została przepisana.

cych z zapałem natchnionego kaznodziei. Nie szczędził wzniosłych przymiotników: olbrzymi, boski, cudowny, powtarzał przy lada sposobności. Jego giestem najspokojniejszym było wywijać podniesionemi rekami nad głową, kiedy w zapale chciał kogoś o czémś przekonać; z temi oczami wychodzącemi na wierzch, z tym nosem orlim, który zdawałoby się gotów zadziobać przeciwnika wyglądał naprawdę jak człowiek zacięty, nieubłagany, dumny nad wszelki wyraz; a jednak w istocie był to najbardziéj łagodny, spokojny i zgadzający się młodzieniec, jakiego kiedy poznałem.
— A wiesz, nie traćmy czasu, rzekł do mnie kapitan, kiedy wszyscy czteréj leżeliśmy już w łóżkach.
— Panie Grande, zacząłem, pan ma zwyczaj wstawać w nocy?
Na to, moje pytanie okazał niemałe zdziwienie i odrzekł.
— Nie, takiego zwyczaju nie mam, a byłbym bardzo niezadowolony gdyby go miał miéć kto inny.
— „A to dziwna!“ pomyślałem sobie. Więc, ciągnąłem dalej po chwilowéj przerwie, pan zgadzasz się na to iż zwyczaj jest niebezpieczny?
Popatrzył na mnie z uwagą, a po tém powiedział.
— Przepraszam, ale mnieby się zdawało, iż dla pana, zwłaszcza dla pana, nie jest to przedmiot do żartów.
— I ja pana również przepraszam, ale muszę powiedziéć, że nie żartowałem bynajmniéj. W ogóle? nie mam zwyczaju żartować ze smutnych rzeczy.