Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/148

Ta strona została przepisana.

nie znalazłszy go, posłał po Mahomeda Ducalego i prosił go, aby napisał po arabsku receptę, za pomocą której chory mógłby powrócić między swoich i kazać sobie sporządzić to lekarstwo, którego potrzebował. Lekarstwo, jak się dowiedziałem następnie, było jedném z tych, które są w wielkiém użyciu u arabów.
Podczas gdy Ducali pisał, starzec szeptał jakąś modlitwę.
Kiedy recepta była gotowa, lekarz podał ją choremu.
Ten ostatni, nie dając mu czasu powiedzieć ani słowa, schwycił kartkę i czemprędzej do ust ją sobie wpakował. Lekarz zawołał: Co robisz? Wypluń, wypluń natychmiast! Ale napróżno. Bidény starowina zżuł papier z łapczywością zgłodniałego człowieka, zjadł go, podziękował i chciał odejść. Trzeba było trudu nie lada, aby go wreszcie przekonać, iż własność lecznicza nie zawierała się bynajmniej w owym połkniętym papierku i aby go zmusić do wzięcia innéj recepty.


Fakt ten nie może wydać się dziwnym temu kto wie czém jest mdycyna w Marokko. Znajduje się tu ona wyłącznie niemal w ręku szarlatanów, czarnoksiężników i świętych. Sok z niektóryeh roślin, puszczanie krwi, salsaparylla na zarazę celtycką, mięso suszone węży i kameleonów na febrę, rozpalone żelazo na rany, ustępy z Koranu wypisane na dnie naczyń z lekarstwami albo na kawałeczku papieru, który cho-