Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/207

Ta strona została przepisana.

do któréj obozu, pomimo najsilniejszéj straży, przeniknąłby nie zdołali. Czołgając się, pełzną, przypadają do ziemi okryci trawą, słomą, liśćmi, skórą baranią; udają żebraków, chorych, szaleńców, świętych. Narażają życie swe za jedne nędzną kurę; przebywają dziesięć mil drogi dla paru franków. Doszli do takiéj wprawy, iż udawało im się nieraz wyciągać z pod poduszki śpiących posłów, woreczki z pieniędzmi. A właśnie owéj nocy, pomimo czujnych straży opasujących nasz obóz, uprowadzili barana uwiązanego do łóżka kucharza, który, spostrzegłszy zrana że mu go skradziono, stał jak wryty przez pół godziny z załamanemi rekami przed swym namiotem i wołał tylko od czasu do czasu: O Matko Boska! cóż to za kraj! co za kraj! co za kraj?


Wspomniałem tu o duarze, a ponieważ byłoby rzeczą niedarowaną mówiąc o Marokko pominąć milczeniem duary, więc postaram się skreślić ich opis na podstawie tego co sam widziałem a więcéj jeszcze tego co mi u nich opowiadał pan Morteo, który pośród nich żyje już od lat dwudziestu.


Ten pan Morteo, mówiąc nawiasem, jest to naprawdę nieco dziwny człowiek. Włoch, z Genui rodem, przystojny jeszcze, młody, ożeniony z angielką, kobiétą bardzo piękną, ojciec dwojga ślicznych dzieciaków, posiadający do tego tak znaczny majątek, iż