Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/231

Ta strona została przepisana.

od czterystu do pięciuset ludzi i z kijami i z ogniem podążają na jego sgotkanie; lecz tyle tylko zdziałać mogą, że nieprzyjaciel nieco z drogi zbacza; a często się zdarza, iż skutkiem tego, że jedno plemię przepędza szarańczę na ziemię innego plemienia, wojna z owadem zamienia się w wojnę domową. Jedna tylko siła może kraj od téj plagi uwolnić, to wiatr przyjazny, który pędzi szarańczę do morza gdzie tonie, i skąd przez kilka dni następnych fala wyrzuca całe jéj stosy na brzegi; a jedyną pociechą, która pozostaje mieszkańcom wówczas gdy wiatr taki nie przyjdzie im w pomoc, jest pożeranie swych skrzydlatych nieprzyjaciół, przedtém jeszcze nim złożą jaja. Szarańcza, ugotowana i przyprawiona z solą, octem i pieprzem, ma miéć smak podobny do smaku małych raczków morskich; zjeść jéj można do cztérechset sztuk w ciągu dnia jednego.


Ujechawszy blizko dwie mile od miejsca noclegu, dopędziliśmy części karawany, która wiozła do Fez podarunki Wiktora Emanuela. Składało ją kilkanaście wielbłądów, idących po dwoje, jeden za drugim w pewnéj od siebie odległości, i sprzężonych dwu bardzo długimi drągami z żelaza, które były przytwierdzone do ich grzbietów i na których stały skrzynie. Towarzyszyło im kilku arabów piechotą i kilku żołnierzy na koniach. Na czele karawany znajdował się wóz ciągnięty przez dwa woły; pierwszy wóz, który widzieliśmy w Marokko! sporządzony umyślnie dla