Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/30

Ta strona została przepisana.

trupami i tułowiami ludzi wymordowanych w jakiéjś wielkiéj rzezi.


∗             ∗

Im dłużéj przyglądam się tym ludziom, tém silniéj zachwyca mnie szlachetność ruchów. Pośród nas europejczyków trudno znaléść człowieka, któryby, czy to w skutek nie wygodnego, opiętego ubrania i ciasnego obuwia, czy wreszcie wskutek nawyknienia i chęci naśladowania innych, nie miał brzydkiego, nieprawidłowego chodu. Tutejsi mieszkańcy poruszają się ze swobodą i wdziękiem, właściwym dzikim, wspaniałym zwierzętom, królom pustyń i lasów. Szukałem pośród nich i znaléść nie mogłem tego pozowania, tego wymuszenia, téj junakieryi, tego sentymentalizmu w postawach i ruchach, na które oko moje nawykło patrzéć od dawna. W ich chodzie jest skromność i powaga kapłana, majestat króla, zręczność i zwinność żołnierza. I, rzecz dziwna, naprawdę! ci sami ludzie, którzy całemi godzinami pozostają bez ruchu, skuleni, przygarbieni, zdrętwiali, umieją nagle wykazać, za lada żywszém uczuciem, które ich ogarnie, iście szaloną siłę ruchów i głosu. Ale nawet podczas wybuchu najbardziéj gwałtownych namiętności, nie opuszcza ich nigdy pewna dystynkcya tragiczna, która mogłaby służyć za wzór dla wielu aktorów. Długo pamiętać będę pewnego araba, widzianego dziś zrana, wysokiego, chudego starca, który, usłyszawszy (jak mi