Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/347

Ta strona została przepisana.

mieniu, wzbudzają litość raczéj niż odrazę i wzgardę. Wczoraj było ich dwu u pana Patxota; renegatami już są od lat kilku, mają żony i dzieci w Fez. Jeden człowiek trzydziestoletni, drugi pięćdziesięcioletni, obaj hiszpanie zbiegli z Centy. Młodszy nie wyrzekł ani słowa, starszy powiedział, że go skazano do ciężkich robót za to, iż w chwili uniesienia zamordował pewnego człowieka, który bezlitośnie bił jego syna kijami. Był blady i mówił głosem wzruszonym, mnąc chustkę w drżących rękach. Gdyby mi przyrzekli, powiedział, że po latach dziesięciu uwolnią mnie z galer, wróciłbym tam natychmiast. Mam lat pięćdziesiąt, wypuściliby mnie w sześćdziesiąt, choć lat kilka mógłbym jeszcze przeżyć w moim kraju. Ale umrzéć na galerach, umrzéć jako galernik, to mnie przeraża. Wróciłbym na galery, zgodziłbym się na wszystko, znosiłbym wszystko, bylebym tylko wiedział, iż umrę w Hiszpanii jako człowiek wolny. Alboż ten psi żywot, który tu pędzimy, można nazwać życiem? Jesteśmy jak na pustyni. Wszyscy nami gardzą. Sama nasza rodzina nie jest naszą, bo dzieci nas nie kochają, bo każdy wpaja w nich nienawiść do ojca. A zresztą nie łatwo to zapomniéć wiary, w któréj się wzrosło; kościołów, do których matka wiodła nas na modlitwę, ani jéj rad, ani najpiękniejszych lat życia, a takie wspomnienia! Jesteśmy renegatami, jesteśmy galernikami, to prawda; ale i ludźmi przecie być nie przestaliśmy: takie wspomnienia rozdzierają nam duszę! I mówiąc to, płakał.