Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/36

Ta strona została przepisana.

Nazarejczyka, ile z obawy własnego ojca, który wié dobrze, iż z Poselstwem nie można żartować. W każdym razie jednak na widok pieniędzy nienawiść arabskich dzieci do nas europejczyków łagodnieje znacznie. Zaczepiać ich wszakże nigdy nie należy, bo oto nie daléj jak wczoraj, gdym, przechodząc obok pewnego malca, który na łokieć jeszcze nie odrósł od ziemi, pociągnął zlekka za koniec jego kaptura, mały człowieczek syknął jak wąż, odskoczył na bok i, spojrzawszy na mnie z wyrazem nieopisanéj nienawiści, kilka słów wybełkotał. Słowa te, jak mi to mój tłumacz objaśnił, znaczyły: „Niech Bóg rozkaże upiec cień twego dziadka, przeklęty chrześcianinie!“


∗             ∗

Otóż widziałem nareszcie dwu świętych, to jest dwu idyotów czy téż obłąkanych; tu bowiem, podobnie jak i w całéj Afryce północnéj, czczą jako świętych takich ludzi, którym Bóg, na znak wielkiéj swéj ku nim miłości, rozum odebrał i zatrzymał go w niebie. Piérwszy z tych świętych znajdował się przed pewnym sklepem na głównéj ulicy. Spostrzegłem go zdaleka i stanąłem, rozmyślając nad tém czy nie lepiéj nazad zawrócić. Wiedziałem, że świętym wszystko wolno, nie małem najmniejszéj ochoty narażać się na dostanie kijem po grzbiecie, jak to się przytrafiło panu Sourdeau, konsulowi francuskiemu, albo na to, by mi twarz oplwano, jak panu Drummond Hay. Ale