Strona:Edmund De Amicis - Marokko.djvu/45

Ta strona została przepisana.

płacze i krzyczy przeraźliwie. Ubranie jéj stanowią czarne łachmany. Może miéć lat piętnaście, może ich miéć trzydzieści; potworność jéj nie pozwala wieku odgadnąć. Nie ma rodziny, nie ma domu, nikt nie wie jak się nazywa ani zkąd przyszła. Noc spędza na ulicy, skulona na ziemi, pośród psów i śmieci. Przez większą część dnia śpi; kiedy ma co jeść, śmieje się; kiedy jéj głód dokucza, płacze; kiedy słońce świeci, wygląda jak kupka śmieci i kurzu; kiedy deszcz pada, jak bryła błota. Pierwszéj nocy, przechodząc obok nieszczęśliwéj, jeden z nas wsunął jéj do ręki srebrny pieniądz, owinięty w kawałek papieru, chcąc jéj sprawić miłą niespodziankę za przebudzeniem się zrana. Następnego dnia spostrzegliśmy ją na placu plączącą rozpaczliwie i pokazującą przechodniom okrwawioną rękę: ktoś wydarł jéj pieniądz, a że go zapewne oddać nie chciała, pokaleczył rękę. W trzy dni potém spotkałem ją konno, na ośle, zalaną łzami; podtrzymywali ją dwaj żołnierze idący po bokach; za nią biegł tłum wrzeszczących uliczników. Któś mi powiedział, że ją wiozą do szpitala. Wczoraj zobaczyłem ją znowu na placu: spała, leżąc obok zdechłego psa, o wiele szczęśliwszego od niéj.


∗             ∗

Dowiedziałem się nareszcie kto są ci ludzie o płowych włosach i złowrogich twarzach, którzy, gdy ich spotykam na ustronnéj ulicy, spoglądają na mnie