Strona:Edmund Jezierski - Wyspa elektryczna.djvu/143

Ta strona została uwierzytelniona.

le jak najdalej znaleźć się od wyspy, która dotychczas była ich.
Odpłynęli też dość daleko, tak że już tylko łuna wybuchu wulkanu była widoczna oraz krater jego, gdy naraz zdawać się im zaczęło, iż się obniża, i że łuna się zmniejsza.
Z przerażeniem przestali wiosłować, wpijając wzrok w przestrzeń.
A tam łuna wulkanu zmniejszała się z każdą chwilą, aż wreszcie zagasła zupełnie.
Do góry wzniósł się potężny słup pary, i po chwili ciemności ogarnęły wszystko wokoło.
Dr. Wicherski uniósł się i, nakreśliwszy ręką w powietrzu krzyż, wyrzekł uroczystym głosem, acz drżącym ze wzruszenia:
— Wyspa cudów przestała istnieć... Pokój im!


∗             ∗

Długi czas błąkała się łódź z nieszczęśliwymi zbiegami po falach oceanu.
Zdali się w zupełności na łaskę fal i prądów morskich, licząc na to, że na drodze swej napotkają okręt jakiś, który im da pomoc i ratunek.
Siły swe krzepili skoncentrowanemi pokarmami i wodą, w które dr. Wicherski przezornie łódź swą zaopatrzył. Świadczyło to, że zamiar ucieczki już dawniej przedtem świtał w jego głowie.
Lecz i te zapasy wyczerpały się.
W dwadzieścia dni po wybuchu wulkanu i zniknięciu wyspy tajemniczej parowiec „Gwiazda Południa“ napotkał na oceanie błąkającą się szalupę.
Znajdowało się w niej trzech ludzi, nieprzytomnych, napozór nieżywych.