Strona:Edward Redliński - Konopielka.djvu/68

Ta strona została uwierzytelniona.

skie robote: tam i nazad, tam i nazad, tam i nazad, i wszystkie strachy odlatujo.

Ożenił sie ja z osiem, może dziesięć lat temu, niezadługo po tym, jak mama z rusztu zlecieli i krzyży im pękli, odtąd leżeli w łożku, póki nie umarli, a jedno co robić mogli, to patrzyć za muchami na pułapie. Zostali sie my wtenczas w chacie jak bez kobiety: tatko, Michał i ja, wytrzymali tak jeden rok, drugi idzie, coraz ciężej: chata niepobielona, koszuli i szmaty brudne, niemyte, chleb co pieczenie zakalcowaty, ni ma komu warzywa dopilnować, na zime połki w komorze puste. Aż tato mówio: dziadziejem chłopcy bez baby, baba tu potrzebna. Żeń sie Kaziuk, ty starszy.
A ja: E mnie tam i bez baby dobrze.
A tato: Baby nie chcesz? Zaraz, zaraz, a może tobie żenidło jeszcze nie urosło?
Urosło.
I umiesz ty obchodzić sie z babo?
Umiem.
Nu to czegoż czekać? Co masz latać po zapłociach jak sobaka, jak ty możesz jawnie, pod swojo pierzyno?
Spodobało sie mnie to, taka wygoda. Dobra, mówie, moge sie żenić. Ale z któro? A tato: to już Domin wymyślo.
I Domin, rajko, w czwartek przychodzo.
Obuj sie, mówio, bierz butelke, chodź.
Do której? pytam.