Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/121

Ta strona została przepisana.


i niebezpieczeństw, kręto wiła się i przepadała śród tajemniczych wzgórz i niedojrzanych przestrzeni. Daremne wołanie! daremne drżenie macierzyńskiego serca!
Przyszedł czas, w którym dziecię wiejskiego domu wyszło na ową drogę z za ścian jego wybiegającą krętym kamienistym szlakiem i poszło w świat, pomiędzy tajemnicze wzgórza, w nieznane przestrzenie, pomiędzy zawady i niebezpieczeństwa i zaszło tu, gdzie u szczytu wysokiej miejskiej budowy wznosiły się cztery ściany ciasne, nagie, zimne, duszne, samotne... Był to kontrast przeszłości z teraźniejszością. Marta oderwała oczy od rysunku, powiodła spojrzeniem w okół izby, zatrzymała ja na bladem dziecięciu, które owinięte od chłodu wełnianą chustką matki, drżało jednak i nakształt znękanej ptaszyny tuliło główkę do jej kolan... W uchu kobiety dźwięczał znany, dobrze zapamiętany śpiew małego ptaszka, tego samego zda się ptaszka, który na rysunku muskał rozpiętemi skrzydłami szczyt różanego krzewu, a z tem echem oddalonego wspomnienia łączył się ciężki, drżący od zimna oddech jej dziecka... Po nici wspomnienia przypłynęła ku niej piękna twarz matki, potem łagodne oblicze ojca, potem jeszcze ujrzała zawieszone przed sobą w powietrzu ciemne oczy młodzieńca, które wpa-