Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/126

Ta strona została przepisana.


popatrzeć na cicho w kącie izby bawiące się dziecię, przemawiała doń słów parę i znowu pogrążała się w swem zajęciu. Niekiedy brwi jej zsuwały się, wyraz głębokiego namysłu osiadał na czole. Trudności i zagadnienia sztuki zjawiały się wtedy przed nią i stawiły jej twarde, urągliwe czoło. Ale ona łamała się z niemi i zdawało się jej, że przełamywała je szczęśliwie. Gdy podnosiła głowę i przypatrywała się swej robocie, miała uśmiech na ustach, który znikał, gdy porównywać ją zaczynała z robotą mistrza. W umyśle jej rodziły się znać wątpliwości i obawy, ale ona usuwała je od siebie, jak coś zbyt natrętnego, zbyt dla jej sił ciężkiego, dla serce dolegliwego. Pracowała z wielkiem skupieniem umysłu, z niezmiernem wytężeniem woli, z porywającym zapałem wyobraźni rozkochanej w przedmiocie swej pracy, pracowała z całego rozumu, z całej duszy i z całych sił swoich i przestała pracować wtedy dopiero, gdy do izby napływać poczęły pierwsze cienie wieczornego zmroku. Wtedy zawołała do siebie Jańcię, posadziła ją na kolanach i patrząc w dziecięcą twarzyczkę, uśmiechnęła się do niej znowu. Ale teraz uśmiech jej był innym niż z rana, nie wymuszonym przemocą na ściśniętem boleścią sercu, nie sprzeczający się z posępnym wyrazem oczu. Wykwitł on