Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/140

Ta strona została przepisana.


Widok, jaki oczom dwóch kobiet przedstawiał się w głębi sklepu, niezmiernie był ożywionym. Składało go ośm istot ludzkich, głośno i z nadzwyczajnym zapałem mówiących, i stosy materyi rozwijanych, zwijanych, szeleszczących połyskiem jedwabiu i wszystkiemi barwami tego świata, mieniących się i błyszczących. Z jednej strony długiego stołu, całkowicie zakrytego piętrzącemi się jedne na drugich, lub rozwiniętemi i falującemi sztukami kosztownych materyi, stały cztery kobiety, ubrane w atłasy i sobole, właścicielki zapewne dwóch przed drzwiami sklepu oczekujących karet. Z drugiej strony stołu znajdowało się czterech młodych mężczyzn... tak: znajdowało się, niepodobna bowiem dla określenia pozycyi, w jakiej zostawali, użyć innego wyrazu jak ten, który określa pozycye ciał ludzkich wszelkie: stojące, chodzące, skaczące, przyginające się na wszystkie strony, wdrapujące się na wszystkie ściany, rozdające ukłony wszelkich znaczeń i rozmiarów,dokonywające gesta najrozliczniejsze za pomocą najrozliczniejszych poruszeń rąk, piersi, głowy, ust, brwi, nawet włosów... Te ostatnie, jakkolwiek w zwykłym porządku rzeczy dość poślednią grające rolę w organizmie i powierzchowności człowieka, tu na szczególną zasługiwały uwagę.
Wypomadowane, wyperfumowane, połysku-