Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/146

Ta strona została przepisana.


z dłoni swych rąk Maryi, która usiadła przy niej na kozetce palisandrowej, kosztownym adamaszkiem obitej. Mówiłaby pewno dłużej jeszcze, ale Marya przerwała jej mowę.
— Droga Ewelino! rzekła, przebacz, że skrócę tym razem powitanie moje z tobą i nie wdając się w żadne wstępy, zacznę rozmowę o interesie, który mi bardzo leży na sercu!
— Ty, Maryniu, masz do mnie interes? mój Boże! jakże jestem szczęśliwą! mów, mów co najprędzej, w czem ci mogę być użyteczną! Gotowam dla ciebie pójść pieszo na koniec świata...
— O, nie tak wielkiej ofiary żądać od ciebie będę, kochana Ewelino! zaśmiała się Marya, poczem dodała poważnie: poznałam niedawno pewną biedną kobietę, która wzbudziła we mnie bardzo żywe zajęcie...
— Biedną kobietę! z żywością przerwała właścielka bogatego sklepu, żądasz więc pewno, abym jej w czem dopomogła? O, nie zawiodłaś się na mnie, Maryniu! ręka moja otwartą jest zawsze dla tych, którzy cierpią!
Mówiąc ostatnie wyrazy, sięgnęła do kieszeni i wydobywszy z niej spory pugilares z kości słoniowej, miała już go otworzyć, ale Marya zatrzymała jej rękę.
— Nie o jałmużnę tu idzie, rzekła, osoba, o której chcę ci mówić, nie żąda i nie przy-