Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/150

Ta strona została przepisana.


— A ja ci powiadam, że tak jest... młodzi, dobrze ułożeni, przystojni sklepowi sprawiają dobry efekt, pociągają do sklepu nabywców a raczej nabywczynie...
Tym razem twarz Maryi zapłonęła wstydem i oburzeniem. Ostatnie przemogło.
— Ależ to szkaradzieństwo! zawołała, jeżeli mówisz prawdę, nie wiem już doprawdy czemu ją przypisać...
— I ja nie wiem czemu fakt ten przypisać należy, po prawdzie nie zastanawiałam się nigdy bardzo nad jego powodami... co mi do tego...
— Jakto... co ci do tego? Ewelino, przerwała znowu Marya, czyż nie rozumiesz, że stosując się do tego, jak powiadasz zwyczaju, schlebiasz jakiemuś złemu, nie wiem dobrze jakiemu mianowicie, ale najpewniej złemu...
Właścicielka sklepu stanęła na środku pokoju i wpatrzyła się w Maryą szeroko otwartemi oczami...
W oczach tych było wiele sprytu, nawet rozumu, w tej chwili jednak po powierzchni czarnych błyszczących źrenic przelatywały powściągane uśmieszki.
— Jakto? wymówiła powoli, czyż sądzisz, Maryo, że dla jakichś tam teoryi powinnam antrepryzę naszą, jedyny fundusz nasz i naszych dzieci narażać na straty, na niebezpie-