Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/157

Ta strona została przepisana.


porządku, nieakuratne, dla przerachowania najdrobniejszej sumy nosić muszą w kieszeni tabliczkę mnożenia, niewinne trusiątka tylko co odczepione od spódniczki mamy, zaledwie śmieją podnieść oczy na twarze kupujących, nie wiedząc jak do nich przemawiać, co o każdym z nich myśleć, albo też puszczone samopas, rozhukane, roztrzepane pozują na lwice, wdzięczą się, mówią i postępują bez taktu narażając siebie na niesławę, zakład, w którym pracują niby, na kompromitacyę. Mężczyźni jakkolwiek śmiesznymi wydają się z powodu układu swego i zajęć nie zupełnie męskich, dla właścicieli sklepów są bardzo dogodnymi i użytecznymi. Dlatego może każdy sklep na większą skalę do usług swych używa mężczyzn, kto tylko zaś próbował zastąpić ich kobietami, źle na tem wyszedł. Kobiety, moja droga, nie są dziś jeszcze wychowane tak, aby pogodzić się mogły z surowością obowiązku, despotycznością cyfry i wymaganiami tak różnolitej społeczności, jaką jest społeczność kupujących.
Właścicielka sklepu przestała mówić i z pewnym tryumfem patrzyła na swą towarzyszkę. Miała w stosie do tryumfowania słuszną przyczynę. Marya Rudzińska stała ze spuszczonemi oczami, z wyrazem smutku na twarzy i milczała. Ewelina wzięła jej rękę.