Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/165

Ta strona została przepisana.


twarzy i kilka sekund siedziała jak skamieniała. Słodkie pocałunki ust dziecięcych paliły ją jak ślizgające się po ciele węże zgryzoty, gorąca miłość tej drobnej, u kolan jej klęczącej istotki rozrywała jej serce i na torturach rozciągała sumienie...
Pochyliła się, wzięła dziecię w objęcia, po kilka razu przycisnęła usta do czoła jej i policzków, potem zerwała się z siedzenia, poskoczyła ku oknu i upadając na kolana wzrok i ręce podniosła ku kawałkowi nieba, którego tło ciemne i głębokie błyszczało gwiazdami.
— Boże! zawołała głośno prawie, daj mi miejsce na ziemi! małe, biedne choćby miejsce, ale na którem pomieścićbym się mogła wraz z dzieckiem mojem! Nie pozwól, abym omdlała i bezsilna po raz drugi jeszcze przyjąć musiała jałmużnę, abym nie spełniła macierzyńskiego obowiązku, utraciła spokój sumienia i szacunek dla samej siebie!
Zaiste! prośby, które kobieta ta zanosiła do nieba niedorzecznie, niesprawiedliwie wymagającemi były, nieprawdaż, czytelnicy? Nie żądała ona wprawdzie zasiadać na ministerialnem krześle ani imienia swego głosić po świecie stugębną sławą ani w wyuzdanej swobodzie używać zabronionych rozkoszy, ale pragnęła żyć i jedynej istocie, którą kochała, na ziemi