Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/168

Ta strona została przepisana.


Mówiąc to poskromiła drżenie głosu i na bladych ustach swych wymogła uśmiech.
— Szczerze pragnęłabym stać się pani w czem użyteczną, ale... nie zrozumiałam dobrze znaczenia słów jej.
— Czy nie przyjmiesz mię pani do zakładu swego na szwaczkę?
Właścicielka magazynu usłyszawszy słowa te, nie wydawała się wcale zdziwioną ani zmięszaną, nie zmieniła wyrazu twarzy pełnego uprzejmości i współczucia. Przez chwilę stała w milczeniu namyślając się, potem wskazała ręką na drzwi przyległego pokoju i bardzo grzecznie rzekła:
— Chciej pani wejść do pracowni; będziemy tam mogły wygodniej pomówić o interesie.
Pracownia przytykająca do magazynu zawierała się w dość dużej sali, w której przy stole pod oknami umieszczonym, mnóstwem wstążek, koronek, piór, kwiatów i kawałków materyi zarzuconym, siedziały trzy młode kobiety sporządzające kapelusze, stroiki na głowę i ozdoby do sukien delikatnego obrobienia wymagające. W głębi sali rozległ się turkot dwóch maszyn do szycia, nad któremi pochylały się także dwie postacie kobiece, pośrodku zaś stał stół cały okryty tablicami kroju i wielkimi kawałami sukien, płócien,