Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/173

Ta strona została przepisana.


była przy rozpoczęciu się rozmowy, zaturkotała znowu. Schylona nad nią kobieta łzę miała w oku.
Marta po wyjściu z magazynu skierowała się nie ku mieszkaniu swemu, ale w inną zupełnie stronę. Z wyrazu twarzy jej poznaćby można, że szła bez celu, ręce jej zasunięte były w rękawy okrycia i ściśle z sobą zwarte. Marta doświadczała wciąż bezwiednego, lecz gwałtownego pragnienia podniesienia w górę splecionych dłoni i ściśnięcia niemi głowy, która płonęła i ciężyła jej niewymownie. W głowie tej była zrazu jedna tylko myśl powtarzająca się z uporczywą nieustannością i nadzwyczajną szybkością: nie umiem! Myśl ta roztrzeliwała się na tysiące błyskawic, na tysiące sztyletów, które przeszywały mózg, kłuły w skronie i ostrzami spuszczały się aż na dno piersi. Po kilku minutach Marta pomyślała: zawsze i wszędzie to samo...
Przez chwilę nie myślała znowu o niczem a raczej bezwiednie już, ale nieustannie powtarzała w myśli: nie umiem!
Nagle wróciła do przedchwilowego twierdzenia i dodała doń pytanie: — Co to jest, co idzie za mną zawsze i wszędzie, wypycha mię zewsząd?...
Potarła dłonią czoło i sobie samej odpowiedziała.