Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/178

Ta strona została przepisana.


ojciec zamiast martwić się tak jak matka, śmiał się a czasem i gniewał się. — Oj, wy baby, baby! mówił, u was tak, jak tylko za mąż nie pójdzie, to i z głodu umrze! Albo to dziewczyna rąk nie ma, czy co? A trzeba wiedzieć, że sam był cieślą i lubił chwalić się swoją siłą. Bywało mówił: — Ręce panie, to grunt! Głowę Pan Bóg jednemu daje, drugiemu nie daje, ręce każdy ma! — Miałam tedy lat trzynaście kiedy rodzice zaczęli posyłać mię na naukę do szwalni, naturalnie że płacili na mnie i dużo płacili, ale też chwała Bogu nauczyłam się wszystkiego czego trzeba...
— I długo pani uczyłaś się? zapytała Marta, która z coraz większem zajęciem słuchała prostego opowiadania szwaczki.
— O! uczyłam się dobre trzy lata! odpowiedziała panna Klara, a i potem jeszcze odrazu zarabiać nie mogłam tylko cały rok pracowałam darmo w magazynie, aby tylko wprawić się w krajanie, w szycie na maszynie i nabrać gustu. Teraz za to umiem już tyle, że mogłabym sama założyć szwalnią albo magazyn, gdybym miała pieniądze, bo na to trzeba mieć choć trochę pieniędzy... ale trzy lata temu ojciec nas odumarł, oprócz mnie zostało przy matce dwóch młodszych braci, z których jeden terminuje u stolarza, a drugi