Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/183

Ta strona została przepisana.


a roboty na gwałt potrzebują... to też płaci im płaci... aż wstyd i żal o tej zapłacie mówić...
— Wszystko to nie zmienia postanowienia mego, panno Klaro, przerwała żywo Marta, ja także tak jak cioteczna siostra twoja nic dobrze nie umiem, i muszę iść tam, gdzie wymagają najmniej.
— I dają najmniej, ze smutkiem dokończyła Klara, zapewne, mówiła dalej, lepiej przecież mieć coś jak nic. Skoro więc pani życzysz sobie tego; mogę panią zaprowadzić do Szwejcowej.
— Daj mi pani tylko dokładny adres, pójdę sama. Wszak nie masz wiele czasu do stracenia.
— Nie, pójdę z panią; spóźnię się tylko na obiad, ale to nic nie szkodzi; matka moja nie będzie niespokojną o mnie, bo zdarza się czasem, że zatrzymują mię w magazynie dłużej niż zwykle, gdy pilna jest robota. Zresztą i Emilki dawno już nie widziałam, pójdziemy razem.
Marta nowym uściskiem ręki podziękowała poczciwej szwaczce i obie kobiety poszły drogą prowadzącą ku ulicy Freta. Po drodze Klara mówiła do Marty:
Szwejcowa jest kobietą niemłodą i różnie ludzie o przeszłości jej opowiadają. Założyła szwalnię lat temu już ze dwadzieścia, ale nie