Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/194

Ta strona została przepisana.


takt z dwudziestu rękami, które wkoło niej podnosiły się i opadały.
Przychodząc tu po raz pierwszy jako robotnica, Marta uważniej niż dnia poprzedzającego rozejrzała się pomiędzy licznem gronem współtowarzyszek pracy i doli.
Wielkiem było jej zdziwieniem, gdy dostrzegła, że większa ich część składała się z kobiet, których delikatne twarze, giętkie kibicie, białe ręce objawiały pochodzenie z innej towarzyskiej sfery niż ta, w którą zapadły: poranek życia bynajmniej niepodobny był do południa jego i wieczora. Były tam zresztą kobiety różnych wieków, powierzchowności, różnych też widocznie usposobień.
Jedne z nich siedziały na stołkach milczące i nieruchome, z wyjątkiem rąk, które poruszały się bezustannie. Głowy ich godzinami spuszczone nad robotą, w chwili opuszczania jej podnosiły się z widoczną ciężkością, przy wyjściu z sali nogi ich wlokły się powoli a zagasłe źrenice wciąż prawie okryte zaczerwienionemi powiekami, ani jedną iskrą, ani jednym promieniem nie rozpalały się, nawet na widok południowego słońca ozłacającego pełne ruchu ulice miasta, nawet na widok tego ruchu, ani na odgłos swobodnych głosów ludzkich otaczających je pełnym życia gwarem, wtedy gdy one nieme i onieczulone wychodziły na świat boży z posępnej swej pracowni.