Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/196

Ta strona została przepisana.


ustach. Twarze ich były blade i chude, odzież bardzo uboga. Ale pod blademi czołami błyskały tam oczy co chwilę niemal podnoszące się z nad roboty, spojrzeniem szukające spojrzeń towarzyszek, figlarne niekiedy albo urągliwe i złośliwie albo jeszcze niecierpliwie rwące się wzrokiem kędyś, poza wilgotne mroczne ściany izby. Od czasu do czasu pośród zapadłych, codzień prawie głębszą żółtością powlekających się policzków zjawiały się uśmiechy wyrazem swym do wyrazu spojrzeń podobne: swawolne, szyderskie, tęskne lub marzące. Były tam głowy wspaniale okryte bogactwem warkoczyków, śród których niekiedy jakaś wstążeczka, kokardka, tasiemka choćby, błyszczała różową lub niebieską barwą; sznur kolorowych paciorek otaczał czasem szyję, urągając jakby dziurom i łatom stanika, któremu niby na ozdobę miał służyć. A wszystkie spojrzenia te, uśmiechy i ozdoby boleśniejszy i bardziej zagadkowy przedstawiały widok niż milczenie, omdlałość i onieczulenie innych robotnic. Objawiała się w nich jadowita sprzeczka uczuć i pragnień z gniotącymi je warunkami bytu, marzeń o zbytku z głęboką nędzą. Tam nastąpił już upadek bierny, tu grozić się zdawał co chwilę upadek czynny. Tamte nędzarki blizkiemi już były końca ziemskiej wędrówki, te zbliżały się ku początkowi —