Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/197

Ta strona została przepisana.


występnego życia. Przed tamtemi roztwierał się grób, przed temi — kałuża.
Kiedy Szwejcowa i córka jej stały przy wielkim czarnym stole, zupełna na pozór cisza panowała w pracowni, i jedynym wyraźnym odgłosem były ostre dźwięki ogromnych nożyc, nieustannie prawie poruszanych wprawnymi palcami.
Cisza ta przecież była pozorną; oprócz jedynego panującego nad nią wyraźnego odgłosu było tak mnóstwo odgłosów innych, niewyraźnych tylko, przerywanych, ale tworzących szmer nieustanny i z cicha falujący, wybuchający niekiedy niecierpliwą jakby falą, to znowu opadający i zlewający się niemal z ciszą. Szmer ten składał się z szelestu dwudziestu przeszło poruszających się rąk, z oddechu dwudziestu piersi, z kaszlów suchych i krótkich lub gwałtownych i zanoszących się, z szeptów zaledwie poruszających się ust, z cichutkich i szybko tłumionych chichotów. Robotnice siedzące w głębi pracowni kaszlały; robotnice garnące się ku oknom szeptały i chichotały. Szwejcowa podnosiła niekiedy głowę i z za okularów toczyła dokoła izby uważnem spojrzeniem. Oczy jej przenikliwym blaskiem połyskiwały z za grubych szkieł: doglądała roboty. Niekiedy kładła nożyce na