Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/198

Ta strona została przepisana.


stole i przewlekłym miodowym głosem rozpoczynała długą mowę.
Mówiła o tem, jako w innych pracowniach robotnice tracą zdrowie nad maszynami, które jak wiadomo wyczerpują siły i sprowadzają różne defekty, i jako ona wyrzekła się wszelkich korzyści, jakieby osiągnąć mogła przez wprowadzenie do zakładu swego maszyn, byleby tylko nie obciążyć sumienia swego grzechem niszczenia zdrowia bliźnich. Sumienie bowiem to rzecz najważniejsza, wszystko zresztą jest próżną mamoną. Szwejcowa jedno tylko robotnicom swym stawiła wymaganie. Oto aby obyczaje ich były nieskazitelnymi. Pod tym względem jednak była ona nieubłaganą raz dlatego: że nie chciała, aby zakład jej przedstawiał widok zgorszenia, nakoniec, że obawiała się utracić klientelę z osób zacnych i bezpośrednio zatem zostać pogrążoną w nędzy z dziećmi swemi i wnukami.
Robotnice słuchały przemówień tych w głębokiem milczeniu. Prawdopodobnie nie było pomiędzy niemi ani jednej, któraby wierzyła słowom Szwejcowej. Prawdopodobnie wszystkie one wiedziały o tem, że były wyzyskiwanemi, a jednak słuchały i milczały kornie. Wiedziały, że poza ścianami tej izby, która je mieściła, dla żadnej z nich nie było nic prócz grobu albo — kałuży.