Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/203

Ta strona została przepisana.


złotych 45... w sklepiku winnam złotych 20... za sprzedane futro wzięłam złotych 100... 60 od stu... 40... Janci trzewiczków na gwałt trzeba, moje drą się już także... drzewa kupić muszę... dziecku ciągle zimno...
Kończąc myśl tę Marta zakaszlała suchym, krótkim, lecz uporczywym kaszlem. Miesiąc minął od dnia, w którym po raz pierwszy zasiadła ona jako robotnica w pracowni Szwejcowej. Przez czas ten zmieniła się bardzo. Z za przeźroczystej białości jej twarzy tu i owdzie przebijały się żółte smugi, ciemne koła podkrążyły oczy, które wklęsły i rozszerzyły się, pośród czoła przedziwnie pięknie zarysowanego głęboka leżała bruzda. Czarna suknia Marty czysta i cała zrudziała przecież przez używanie, wyglądała chędogo lecz staro; na głowie jej nie było kapelusza ani na ramionach futrzanego okrycia. Czarna wełniana chustka okrywała jej włosy, grubymi fałdami otaczając blade czoło i wklęsłe policzki.
Płynęła, szumiała ludność wielkiego miasta na szerokim chodniku wspaniałej ulicy, z nią razem płynęły w przestrzeń tysiączne prądy myśl ludzkich, a śród nich wiła się wciąż cicha, pokorna, jednostajna myśl przeciskającej się śród tłumów bladej kobiety.
— Dziesięć groszy a pięć... piętnaście, a dwa siedemnaście... siedemnaście od czterdziestu dwadzieścia trzy...