Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/209

Ta strona została przepisana.


rzekała jej połączenie się z tymi, za którymi tęskniło zranione serce! Ale przyszłość jej dziecka... jakąż będzie, jakąż być może, jeżeli jej zabraknie na ziemi, jeżeli kiedy na policzkach jej osiądą takie krwiste płomienne rumieńce, czoło obleje się taką grobową bladością, oddechu piersiom zabraknie, jak owej biednej wyrobnicy, która przed niewielą dniami opuszczała chwiejnym krokiem szwalnią Szwejcowej, aby nigdy już nie powrócić więcej...
Postać Marty w zamyśleniu podana nieco naprzód wyprostowała się. Nie! z cicha, lecz z mocą wyrzekła młoda kobieta, tak być nie może! tak być nie powinno!
Mówiąc tak, czuła znać każdemu człowiekowi wrodzoną chęć dźwigania się z niedoli, i każdemu człowiekowi przysługujące prawo polepszenia, podnoszenia swego bytu.
Marta powiodła dokoła oczami, w których na miejscu przedchwilowego frasunku i znużenia ukazały się znowu energia i badawczość. Mnóstwo przedmiotow otaczało ją zewsząd, na jednym z nich zatrzymało się jej spojrzenie. Przedmiotem, który przykuł do siebie wzrok Marty, było szerokie i wysokie okno z bogatą wystawą jednej z najzasobniejszych księgarni miasta. Na widok kilkudziesięciu tomów, których różnobarwne okładki mieściły się za przeźroczystemi szybami, młoda kobieta do-