Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/211

Ta strona została przepisana.


ciela. Była to twarz dobrze jej niegdyś znana, często w dniach pomyślności przez nią widywana, myśląca, uczciwa i łagodna...
U drzwi oszklonych zadźwięczał dzwonek, Marta weszła do księgarni. Zatrzymała się chwilę w blizkości progu i bystre, niespokojne nieco spojrzenie rzuciła wokoło. Obawiała się zapewne znaleźć w księgarni kupujące osoby, w obec których nie mogłaby wypowiedzieć tego, z czem przychodziła.
Księgarz sam jeden stał za kontuarem zajęty kreśleniem rachunków w wielkiej księdze na małem podniesieniu roztwartej. Przy otworzeniu się drzwi podniósł głowę, i na widok wchodzącej kobiety przybrał postawę nawpół witającą, nawpół oczekującą. Marta postąpiła zwolna i stanęła przed człowiekiem, który widocznie oczekiwał pierwszego od niej słowa.
Przez parę sekund powieki jej pozostały spuszczonemi i blade wargi drżały lekko. Szybko jednak podniosła na twarz księgarza wzrok, w którym skupiły się w tej chwili wszystkie władze woli i cała przytomność jej umysłu.
— Pan mię nie poznajesz? rzekła głosem cichym, lecz pewnym.
Od samego już jej wejścia księgarz przypatrywał się jej z wielką bacznością.
— W istocie, zawołał, wszakże to panią