Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/216

Ta strona została przepisana.


piersi skrzyżowanemi, w postawie nieruchomej. Zmieszany nieco zrazu gwałtownym wybuchem uczuć, którego był świadkiem, stał się po chwili widocznie wzruszonym.
— Mój Boże! rzekł półgłosem, jakież to zmienne są losy ludzkie na ziemi! Znając panią dawniej, czyliż mogłem spodziewać się, że zobaczę ją kiedykolwiek w tym stanie smutku i ubóstwa. Takeście państwo żyli dostatnio, taka z was była kochająca się, szczęśliwa para.
Marta odjęła chustkę od twarzy.
— Tak, wymówiła stłumionym głosem, byłam szczęśliwą... Kiedy ukochany przezemnie człowiek umierał, sądziłam, że go nie przeżyję... przeżyłam... żal i tęsknota pozostały we mnie dręczące, niezgojone, ale dla serca zranionego śmiertelnie szukałam ulgi w spełnieniu macierzyńskiego obowiązku i spełnić go dotąd nie mogłam. Samotna i smutna poszłam w świat, aby o trochę spokoju dla siebie, o życie i przyszłość mego dziecka walczyć — nadaremnie...
Oczy księgarza poważne i zamyślone tkwiły w przestrzeni. Miał on liczną rodzinę. Był bratem, mężem, ojcem. Być może, iż wywołane słowami Marty przed oczami jego przesunęły się oblicza ukochanych mu kobiet, młodej siostry, malutkiej córki, drogiej małżonki. Czyliż każda z nich nie mogła kiedykolwiek