Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/24

Ta strona została skorygowana.


Młoda kobieta drżała w istocie całem ciałem, łzy obfite płynęły po rozognionych jej policzkach. To co przeniosła przez kwadrans wycieczki swej na miasto, walka z trwożliwością własną, szybki bieg po ślizkiej ulicy, śród tłumu ludzi i zimnych fal wichru, obelga nadewszystko doznana od nieznanego wprawdzie człowieka, ale doznana po raz pierwszy w życiu, wstrząsnęły znać nią do głębi. Znać było jednak, że postanowiła zwyciężać samą siebie na każdym kroku, bo szybko uspokoiła się, otarła łzy, pocałowała dziecko i rozniecając ogień na kominie, rzekła:
— Przyniosłam ci bułek, Janciu, a teraz nastawię samowar i urządzę herbatę.
Wzięła z szafy gliniany dzbanek i zaleciwszy dziecku ostrożność z ogniem, zeszła znowu na dziedziniec do studni. Wróciła niebawem zdyszana i zmęczona, z ramieniem uginającem się pod ciężarem dzbanka napełnionego wodą; nie spoczęła jednak ani chwili, tylko zaraz wzięła się do nastawiania samowaru. Czynność ta, którą spełniała widocznie po raz pierwszy w życiu, szła jej z trudnością, niemniej przeto w niespełna godzinę herbata była wypitą, Jancia rozebraną i uśpioną. Równy, cichy oddech dziecka, oznajmiał sen spokojny, z bladej twarzyczki zniknęły ślady łez tak oficie przez dzień cały wylewanych.