Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/244

Ta strona została przepisana.


oprawy, zniszczone, na wpół podarte od użytkowania, inni owijali w papier elastyczne lub stalą połyskujące przedmioty, przyrządy naukowe zapewne, które nieśli do domów swych, aby z ich pomocą oddawać się uczonym eksperymentom i obserwacyom. Przez kilka minut napełniali oni podwórze gwarem rozmów cichszych i głośniejszych. Rozprawiali, gestykulowali żywo, od czasu do czasu z tej lub owej grupy wybiegała gama młodzieńczego śmiechu albo podniósł się głośniejszy wykrzyk zdradzający uniesienie, zapał młodej piersi i przedmiot ulubiony studyów rozpalonej głowy. Po kilku minutach grupy rozprzęgły się, widać było, jak młodzi ludzie podawali sobie dłonie i jedni z wesołymi uśmiechami na ustach, inni w zamyśleniu, inni jeszcze ożywioną prowadząc rozmowę, pojedynczo lub parami opuścili uniwersytecki podwórzec i zmieszali się z ludnością szeroki chodnik zalegającą.
Marta szła bardzo pwowoli, z głową zwróconą wciąż ku wielkiej budowie, która teraz przybrała dla wyobraźni jej znaczenie świątyni o tajemniczej sile pociągu. Młodzi ludzie z księgami pod ramieniem, z jasnemi lub poważnie zamyślonymi twarzami, wydawali się jej istotami dzierżącemi przywileje, dostojność i szczęście chyba półbogów. Biedna kobieta westchnęła z głębi piersi. Szczęśliwi! och!