Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/251

Ta strona została przepisana.


twarz jej była biała jak marmur i podniesiona w górę, a oczy suche z gorącym połyskiem i głębokim wyrazem nieruchomo patrzyły w błękitne niebo. Cała zresztą postać jej była nieruchomą. Najmniejsze drgnienie nie ożywiało podniesionych jej powiek, ani ust zwartych, ani zziębniętych rąk splecionych śród grubych fałd sukni. Zdaleka, wziąśćby ją można było za posąg zdobiący wnijście do wspaniałej świątyni, posąg wyobrażający duszę modlącą się lub zapytującą, albo też i modlącą się i zapytującą zarazem.
Marta patrzała w niebo, w oczach jej była modlitwa gorąca, ale zarazem i głębokie jakieś, namiętne, natarczywe niemal pytanie.
— Jakaż ona piękna! zcicha powtórzył wesoły Oleś i pochylając się ku swej towarzyszce ciszej jeszcze dodał: Gdyby ją tak z tymi wschodami razem przenieść do teatru, na scenę... dopiero to byłby efekt!
— Prawda że jest piękna, odszepnęła towarzyszka wesołego Olesia, ależ ja ją znam wybornie... co się z nią stało?... czego ona tu siedzi? i jak ubrana! Żebraczka, czy co?...
Zamieniając te wyrazy młoda para zbliżała się coraz bardziej do kobiety, która zwróciła jej uwagę.
Marta nie spostrzegła, że jest czyjejkolwiek uwagi przedmiotem. Odkąd bezsilna i burzą