Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/254

Ta strona została przepisana.


— Z licytacyi! tak! to szkoda, nie masz więc żadnego majątku, bo ten poczciwy Jaś kochał cię szalenie i musiał tracić na ciebie wszystko co miał. Cóż więc robisz teraz? jak żyjesz?
— Jestem szwaczką.
— Ciężka robota! zaśmiała się kobieta w atłasach, i ja próbowałam jej trochę, ale nie udało mi się...
— Ty, Karolciu! ty byłaś szwaczką! z kolei zdziwiona zawołała Marta.
Kobieta w atłasach zaśmiałą się znowu.
— Próbowałam być szwaczką, ale jakoś mi się nie udało! Cóż robić? tak chciało przeznaczenie, na które jednak nie uskarżam się wcale...
I znowu zaśmiała się. Tak często powtarzający się śmiech jej, wpół płochy, wpół zalotny, zdawał się płynąć więcej z przyzwyczajenia do ciągłego śmiania się niż z wesołości. Teraz Marta orzuciła spojrzeniem bogaty strój stojącej przed nią kobiety.
— Czy wyszłaś za mąż? zapytała.
Kobieta zaśmiała się znowu.
— Nie! zawołała, nie, nie! nie wyszłam za mąż, moja droga! to jest, jak ci mam powiedzieć? ale nie, nie! za mąż nie wyszłam...
Śmiała się wciąż mówiąc to, ale śmiech jej miał już tym razem przykre trochę przy-