Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/255

Ta strona została przepisana.


muszone brzmienie. Wesoły Oleś, który nie spuszczał oczu z Marty, przy ostatniem jej pytaniu spojrzał na Karolinę, musnął wąsik i uśmiechnął się.
— Cóż ja najlepszego czynię? zawołała kobieta w atłasach, paplaniną moją zatrzymują państwo na chłodzie i wtedy, kiedy móglibyśmy wsiąść do dorożki i wnet pojechać do mego mieszkania. Pojedziesz ze mną, Marto? prawda? porozmawiamy długo i opowiemy sobie wzajemnie historyą naszego życia...
Zaśmiała się znowu i rzucając dokoła szybkie błyszczące spojrzenia, dodała:
— O, te historye naszego życia! jakie one są zabawne! opowiemy je sobie wzajem Marto, nieprawdaż?
Marta zdawała się wahać przez chwilę.
— Nie mogę, rzekła, dziecko moje czeka na mnie...
— A! masz dziecko! a więc cóż stąd? poczeka jeszcze trochę.
— Nie mogę...
— A więc przyjdź do mnie za godzinę... dobrze? mieszkam na ulicy Królewskiej...
Wymieniła numer domu, ściskała w dłoniach swych rękę Marty. Przyjdź! przyjdź! powtarzała, czekać cię będę... przypomnimy sobie dawne czasy.