Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/256

Ta strona została przepisana.


Dawne czasy mają zawsze urok wielki dla tych, którym nowe nie przyniosły nic prócz łez i boleści.
Marta czuła się orzeźwioną i żywo wzruszoną widokiem odnalezionej niespodzianie towarzyszki swej młodości. Za godzinę, rzekła, przyjdę do ciebie, Karolciu...
Ktoby wtedy na grupę trzech tych osób śród chodnika stojących pilną zwracał uwagę, mógłby spostrzedz, że gdy Marta wyrzekła słowo: przyjdę! Oleś uczuł niepohamowaną prawie ochotę podskoczyć wysoko i wykrzyknąć: Victoria! nie uczynił jednak ani jednego ani drugiego, rzucił się tylko w tył nieco i strzepnął palcami. Czarne oczy jego żarzyły się jak rozpalone węgle i tonęły w bladej twarzy Marty, którą w tej chwili rozświecił uśmiech. Kiedy nakoniec młoda kobieta odeszła, człowiek wiekuistego śmiechu wrócił się do swej towarzyszki.
— Jak żyję, zawołał z zapałem, jak żyję, nie widziałem tak miłego, pociągającego stworzenia! Jak jej do twarzy w tej obrzydliwej chustce, którą ma na głowie. O! jabym ją ubrał w atłasy, w aksamity, w złoto...
Pani Karolina podniosła nagle głowę i spojrzała w rozgonioną twarz młodego człowieka.
— Doprawdy? zapytała przeciągłym tonem.