Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/261

Ta strona została przepisana.


Karolina oparła plecy o wygiętą tylną poręcz fotelu i drobną stopą przyciskając silniej pieska wyszytego na podnóżku, w szybszy bieg wprawiła bieguny swej wytwornej kolebki. Z lekkim uśmieszkiem na ustach i oczami wpatrzonemi w sufit mówić zaczęła.
— Blizką moją krewną pani Herminia nie była, owszem, dosyć daleką, ale nosiłam po ojcu to samo co ona nazwisko. Było dostatecznem dla dumnej, bogatej pani, aby raczyła sierotę wyhodować w domu swym i uczynić z niej potem rezydentkę czy tam pannę do towarzystwa. Wyświadczyła mi w istocie dobrodziejstwo wielkie, gdyż do końca życia i cokolwiekbądź nastąpiło potem, chlubić się mogę, iż wyhodowałam się razem z pieskami faworytami znanej na wielkim świecie pani Herminii. Edukacya nasza i sposób naszego życia, to jest mego i piesków, były bardzo do siebie podobne, ja i one spaliśmy na miękkich poduszkach, biegaliśmy po woskowanych posadzkach, spożywaliśmy wyborne delikatesy, i ta tylko pomiędzy nami zachodziła zawsze i zaszła ostatecznie różnica, że one nosiły jedwabne kapki i złote obroże, ja zaś suknie jedwabne i złote bransolety, że one nakoniec pozostały w raju, mnie zaś wygnał zeń mściwy anioł macierzyńskiej dumy...
Przy ostatnich wyrazach kobieta we fioł-