Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/264

Ta strona została przepisana.


korzystał z prawa, o którem wiedział, że przysługuje i przysługiwać będzie na świecie jemu i wszystkim towarzyszom jego? Czy dlatego nikczemny, że za przedmiot zabawy wziął sobie młodą i ubogą dziewczynę, tak głupią, iż uwierzyła, że jest dla niego przedmiotem miłości? Bynajmniej, moja droga. Pan Edward nie był zapewne świętym ani szczególnym jakimś bohaterem, ale nie był też, jak mówiłaś, nikczemnym. Miał on swoje wielkie zalety, upewniam cię, a tylko czynił to co czynić świat pozwalał mu w zupełności, korzystał z udzielonego mu prawa, był takim, jakimi są wszyscy młodzi, ba! często i niemłodzi mężczyzni.
Mówiła to z najzupełniejszą powagą, bez najlżejszego żartu lub szyderstwa, głosem zupełnego przekonania; skrzyżowała potem ręce na piersi, i nie spuszczając wzroku z sufitu, zanuciła z cicha piosnkę z „Dziesięciu cór na wydaniu.“ Marta wlepiła w nią zdumione oczy.
Po chwili kobieta w atłasach przestała nucić, wpółleżącą postawę zmieniła na siedzącą, i opierając łokieć na kolanie a twarz na dłoni, pochyliła się nieco ku swej towarzyszce.
— Bo nakoniec, zaczęła mówić tym samym co pierwej rozważnym tonem, w sądach o lu-