Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/285

Ta strona została przepisana.


ruchomy, osłupiały, z otwartemi nieco ustami i z oczami wlepionemi w twarz upornie patrzącej na niego kobiety.
— Ożenić się! powtórzył głosem zdławionym. Wargi jego zadrżały jakby się wnet miał rozśmiać, nie rozśmiał się jednak, tylko machnął ręką, wzruszył ramionami i nawpół gniewnie, nawpół obojętnie rzekłszy: żartujesz pani! odszedł od kominka. Kobieta wiodła za nim przez chwilę wzrokiem zimnym i urągliwym. Po twarzy jej przebiegło w jednej minucie tysiąc figlarych, szyderskich, wzgardliwych uśmieszków. Wesoły Oleś stanął znowu przed nią. Jesteś okrutną, pani Karolino! zawołał, mówisz mi o ożenieniu! jestże co niedorzeczniejszego? wiązać się na całe życie, z osobą, którą znam zaledwie, z wdową, która kocha jeszcze swego nieboszczyka męża? stać się od razu ojcem jakiegoś dzieciaka, świat sobie zawiązać, wziąść na plecy tyle odpowiedzialności, tyle kłopotów? i to w moim wieku? z moją szczęśliwą na świecie pozycyą? Jest to pomysł godny doprawdy poczciwego mieszczanina, stęsknionego do smacznej domowej kuchni i tuzina pyzatych dzieciaków. Sądzę, że pani nie powiedziałaś tego na seryo; wiem, że żartować lubisz! jest to jeden z głównych twoich wdzięków.
Karolina wzruszyła ramionami.