Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/286

Ta strona została przepisana.


— Naturalnie że żartowałam, rzekła krótko i znowu patrzała w rozżarzone węgle.
Wesoły Oleś coraz bardziej był wzburzonym.
— W jakimże humorze jesteś dziś pani, sarknął, czy nie dowiem się niczego już więcej?
— Nudzisz mię pan śmiertelnie, odrzekła kobieta.
— Gdzie ona mieszka? nalegał, młody człowiek.
— Nie wiem, zapomniałam ją spytać o to.
— A to wyborne! cóż ja teraz zrobię? przyjdzie mi ją szukać, ale miasto jak las, nim ją znajdę, znowu o niej zapomnę...
Wymówił to z nadzwyczajnem wzburzeniem, z gniewem prawie i żalem w głosie. Obawiał się, aby niestałość pamięci i codzienna wielka liczba wrażeń nie odebrały mu tego, co go w tej chwili zajmowało namiętnie. Nagle strzepnął palcami, wydał okrzyk radości i poskoczył znowu w stronę kominka.
— Eureka! zawołał, wszakże jest szwaczką? gdzie czy w jakim zakładzie? Piękna, śliczna, złota pani Karolciu, powiedz...
Kobieta wstała i szeroko ziewnęła.
— A tam... przy Freta ulicy, w szwalni Szwejcowej, rzekła z wyrazem najwyższego znudzenia, idźże już pan sobie teraz, muszę ubierać się do teatru... Oleś zdawał się być uszczęśliwionym.