Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/290

Ta strona została przepisana.


wpływów na świat wywieranych, ogromnego bogactwa wrażeń doznawanych i sprawianych, czynów dokonywanych; niezbyt błogi może dla tych, na których wypadkiem zatrzyma się oko pana stworzeń...
Pan stworzeń idzie ulicą wielkiego miasta, laseczką giętką jak berłem wywija. Błyszczy na głowie jego kapelusz, błyszczą na rękach rękawiczki z podwójnym szwem, błyszczy u piersi złoty łańcuszek i kołysze się z gracyą na ciemnem tle tużurka, sporządzonego dostojnemi rękami arcykrawca Chabou. Co za świetność! Nuci półgłosem piosenkę z pięknej Heleny, bystremi oczami rzuca do koła. Brzeg kapelusza często ręką dotyka, wszystkim się kłania, wszyscy mu się kłaniają, wszystkich zna, wszyscy go znają. Co za dostojna w społeczeństwie pozycya! Przerwał sobie nucenie, szyję wyciąga i nogę w powietrzu zatrzymuje nakształt wyżła, który stropił zwierzynę, wzrok wysila, uśmiecha się... Tam, na rogu ulicy przemknął ładny buziaczek, białe liczko zaświeciło, czarne oczy zamigotały... Dalej! dalej w pogoń! Baczność! zwierzyna już blizko! co prędzej osaczyć ją trzeba, bo gotowa się wymknąć! Zachodzi z boku, kapelusza uchyla, pełen uszanowana (o ironio) ukłon składa i głosem, który jest wiernem echem słyszanego wczoraj na scenie głosu Parysa, zapytuje: czy