Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/295

Ta strona została przepisana.


Marta pochyliła nizko głowę. Szyła znowu i milczała.
Jedna już tylko para nożyc przy okrągłym stole dzwoniła i skrzypiała, ale coraz ostrzej.
Panna, która osiadła na koszu z powodu niezwyciężonego Olesia, czuła się znać coraz więcej wzburzoną.
Matka jej stała z twarzą zwróconą ku grupie robotnic, z nieruchomemi nożycami w ciemnoskórej ręce.
— Ja wczoraj widziałam panią Świcką na mieście. Pani Świcka stała wtedy przy wschodach św. Krzyskiego kościoła z dwoma osobami.
Marta nie odpowiadała jeszcze. Cóż miała mówić?
Fakt, o którym mówiła Szwejcowa, był zupełnie prawdziwym.
— Znam także osoby, z któremi pani Świcka rozmawiała wczoraj na ulicy. Jedna z nich parę lat temu pracowała nawet czas jakiś w naszym zakładzie. Niedługo jednak, niedługo, bo spostrzegłam zaraz, że towarzystwo jej może być niebezpiecznym przykładem dla naszych robotnic. Czy pani Świcka zna dobrze tę kobietę? Towarzystwo jej może być bardzo niebezpiecznem.
— Nie dla mnie, pani, po raz pierwszy odezwała się Marta. Nie podniosła głowy z nad roboty, ale drżący głos jej dźwięczał głuchym