Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/296

Ta strona została przepisana.


i powściąganym buntem dumy kobiecej, która czuje się deptaną.
— Ach! przeciągle westchnęła Szwejcowa, nie można to tak bardzo ufać sobie. Pycha jest matką wszystkich grzechów. Lepiej unikać, lepiej daleko niebezpiecznych towarzystw unikać... A pan Aleksander Łącki czy jest także blizkim znajomym pani Świckiej?
Dzwoniąca dotąd wciąż i skrzypiąca para nożyc dzwonić i skrzypieć przestała. Panna z nieładną twarzą, która jednak ściągnęła była kiedyś na siebie spojrzenie pana stworzeń, podniosła głowę.
— Musi być, mamo, dobrze i zblizka znajomym, skoro pani Świcka spaceruje z nim codziennie.
Możnaby myśleć, że słowa te były wężami, które owinęły Martę od stóp do głowy i zapuściły żądła we wszystkie punkta jej ciała, tak nagle wyprostowała się ona, głowę z nad kawała płótna na kolanach rozpostartego podniosła, i oczy szeroko otwarte w twarzy mówiącej panny utkwiła.
— Co to znaczy? wyrzekła ciężkim zdławionym szeptem. Zarazem powiodła spojrzeniem dokoła. Wszystkie robotnice, te nawet, które zazwyczaj najnieczulej i najnieruchomiej wyglądały, siedziały teraz z podniesionemi głowami i oczami w nią utkwionemi. Na twa-