Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/297

Ta strona została przepisana.


rzach ich najróżniejsze malowały się uczucia: żal, ciekawość, szyderstwo. Marta pozostała przez chwilę jak skamieniała. Pąsowe plamy leżące na jej policzkach rozszerzały się zwolna, aż zabarwiły purpuro czoło i szyję.
— Niema się za co gniewać, moja pani, niema się za co gniewać, zaczęła Szwejcowa; jestem od lat dwudziestu kilku naczelniczką zakładu, w którym po dwadzieścia i więcej młodych osób pracowało zawsze, nabyłam więc dużo doświadczenia. Wiem przytem, jakie są obowiązki moje względem dusz, które opatrzność powierza mej opiece; nie mogę obojętnie patrzeć, jeżeli która z nich dobrowolnie naraża się na niebezpieczeństwa. Do tego jeszcze mam córki, młodziutkie wnuczki. Cóżby ludzie i o nich pomyśleć mogli, gdyby zakład nasz przedstawiał, broń Boże, jakiekolwiek przykłady zepsucia. Nakoniec, na dziedziniec wychodzą okna mieszkania pewnej możnej i bogobojnej damy, która jest prawdziwą protektorką i dobrodziejką naszego zakładu. Święta pani! cóżby pomyślała ona, gdyby zobaczyła jedną z moich robotnic, przechadzającą się tuż pod jej i memi oknami, z młodym i światowym kawalerem? Może już zresztą i zobaczyła! Obawa mię doprawdy przejmuje, na myśl co powiem protektorce naszej, gdy mię o to zapyta? Czy że robotnicę