Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/30

Ta strona została skorygowana.


Martę zawiodło i opuściło wszystko, co przybywając z zewnątrz przyjaznem jej było dotąd i opiekuńczem. Los, jakiemu uległa, nie był wcale wyjątkowym losem, nieszczęście jej nie wzięło źródła z dziwnej jakiejś, niepospolitej przygody, ze zdumiewającej jakiejś, w rocznikach ludzkości rzadko pojawiającej się katastrofy. Ruina i śmierć odegrały dotąd w życiu jej rolę niszczycielek spokoju i szczęścia. Cóż pospolitszego wszędzie, cóż mianowicie w społeczeństwie naszem pospolitego nad pierwszą? co konieczniejszego, częstszego, bardziej nieuniknionego nad drugą?
Marta spotkała się oko w oko z tem, z czem spotykają się miliony ludzi, miliony kobiet. Któż w życiu swem po wielekroć nie napotkał ludzi płaczących nad wodami Babylonu, opływającemi gruzy utraconej fortuny? Kto zrachuje, ile razy w życiu swem patrzał na szatę wdowią, na blade twarze i łzami zmęczone oczy sierot?
Wszystko więc co towarzyszyło dotąd życiu młodej kobiety, rozstało się z nią, umknęło od niej, ale ona nie rozstała się z samą sobą. Czem mogła być sama dla siebie samej? co uzbierać sobie zdołała w przeszłości? jakie oręże wiedzy, woli, doświadczenia służyć jej mogły w walce z zawikłaniami społecznemi, biedą, trafem, samotnością? W pytaniach tych